Najcześciej czytane

środa, 29 marca 2017

Seriale czyli kilka pozycji by zmarnować sobie życie :)

Dziś trochę inny post niż zwykle. Wygenerowałam trochę czasu by zrobić wam listę moich ulubionych seriali, które zabrały mi wiele godzin z życia. Oczywiście lista jest subiektywna. Przy doborze tytułów kierowałam się wyłącznie swoim gustem. Nie są to super oryginalne propozycje, jednak może kogoś zachęcą do odświeżenie naprawdę starych seriali, albo jednak coś będzie dla was nowością. No to zaczynamy!

Miasteczko Twin Peaks



Był to chyba pierwszy serial, który wzbudzał we mnie i lęk i fascynacje. Pamiętam jak miałam jakieś 5 lat i moi rodzice śledzili co tydzień odcinki tego kultowego serialu. W tamtym czasie najprawdopodobniej niewiele rozumiałam z fabuły. Pamiętam doskonale ścieżkę dźwiękową i ten niesamowity klimat grozy i mistycyzmu. No i postać przystojnego Dale’a Coopera granego przez Kyle'a MacLachlan'a (tak najprawdopodobniej narodziła się moja słabość do brunetów i do Davida Lyncha). Po latach kiedy już kumałam o wiele więcej i byłam oddaną fanką twórczości Lyncha powróciłam do losów "Miasteczka...". O czym jest serial? W fikcyjnym waszyngtońskim miasteczku zostaje zamordowana niejaka Laura Palmer. Tu pojawia się agent FBI by rozwiązać zagadkę śmierci dziewczyny. Serial to typowy produkt Lyncha. Rzeczywistość przeplata się z paranoicznymi ułudami. Jest to też swego rodzaju krzywe zwierciadło pokazujące obłudę obywateli. Każdy z bohaterów ma dwie twarze. Serial kultowy, który przeszedł do historii.



 Z Archiwum X





Kolejny kultowy serial. W Polsce był on emitowany od 1996r. Od samego poczatku oglądałam go z zapartym tchem. Pamiętam też jak w domu moja mama prowadziła dyskusje z ciotkami czy dziecko powinno oglądać takie rzeczy :D Cóż za sentymentalne wspomnienia. Serial ten to najlepsza jak dla mnie mieszanka gatunkowa sensacji, thrillera, horroru, fantastyki naukowej. No i główni bohaterowie fenomenalny David Duchovny i Gillian Anderson. Ta para to agenci FBI pracujący dla Archiwum X. Jest to specyficzna komórka rozwiązująca sprawy niedające się wyjaśnić w logiczny sposób. Każdy odcinek to inna sprawa. Agent Mulder to człowiek wierzący w istoty pozaziemskie, mający otwarty umysł. Natomiast agentka Scully jest zdecydowanie bardziej racjonalistką. Z biegiem czasu sprawy jakie ich dotykają i doświadczenia zmieniają nawet rozsądną Scully. Serial był emitowany w stanach przez telewizje FOX od 1993r. doczekał się również 2 filmów kinowych i wersji komiksowej. 24 stycznia 2016 r. stacja FOX wznowiła produkcje serialu i pokazała 10 sezon.




Seks w wielkim mieście




Kolejna historyczna pozycja. Z tematyki paranormalnej i mistycznej przechodzimy do babskich problemów i umiłowania zacnego obuwia. Nie wiem czy jest na tym świecie osoba, która nie lubiła tych 4 babeczek. Carrie Bradshaw, Miranda Hobbes Brady, Charlotte York McDougal później Charlotte York Goldenblatt, Samantha Jones. Serial został stworzony na podstawie książki Candace Bushnell o tym samym tytule. Carrie pisywała cotygodniowe felietony dla New York Star, kolumna nazwana została tak jak serial „Seks w wielkim mieście”. Opisywała w niej swoje i przyjaciółek doświadczenia seksualne. Każdy z felietonów nadawał zarys danemu odcinkowi. Carrie przy okazji była fanatyczką mody. Tu twórcy serialu dawali upust fantazji fikcyjnej postaci, a widzowie mogli podziwiać fenomenalne stylizacje jakie nosiła Sarah Jessica Parker, grająca Carrie. Dzięki swojej pasji nasza bohaterka zaczęła też pisać dla Vogue'a. A potem zrobiła karierę wydając zbiór swoich felietonów. W międzyczasie jej przyjaciółki wychodziły za mąż, rozwodziły się lub zmieniały kochanków jak rękawiczki. Serial do bólu nowojorski, stylowy, zabawny, smaczny niczym kultowy Cosmopolitan pijany przez Bradshaw. 



Ally McBeal



Przysięgam, że to już ostatnia tak zabytkowa pozycja. Czy ktoś to jeszcze pamięta? Na polskim podwórku próbowano zrobić produkcje nawiązująca do tego amerykańskiego hitu "Magda M", jednak moim zdaniem była to kulawa próba. Tak szybko i zwięźle, amerykański serial dziejący się w środowisku prawniczym. W Stanach emitowano go w latach 1997-2002, a w Polsce 1998-2003. Główna bohaterka to właśnie tytułowa Ally. Ma 30 lat i jest prawniczką. W kancelarii dla której pracuje spotyka swoją odwieczną miłość. Jednak życie trochę się zmieniło. Ally jest singielką, a Billy ma już żonę, jak na nieszczęście ona również pracuje w tej samej kancelarii. Każdy odcinek serialu opowiada o innej sprawie sądowej. Ally jest osobą z rozbuchaną wyobraźnią co scenarzyści w zabawny sposób wizualizowali w jej licznych fantazjach. Nasza bohaterka ma notoryczne problemy z facetami i otoczeniem. Potrafi się również nieźle dogryźć. Serial usłany jest anegdotami co nie pozwala się nudzić.



Rodzina Soprano



To kolejny serial na którego punkcie miałam bzika. Robiłam sobie naprawdę mordercze maratony wszystkich sezonów. Serial opowiada o włosko amerykańskiej rodzinie mafijnej z New Jersey. Serial pokazuje zmagania ojca rodziny i bossa mafijnego Tony'iego Soprano granego przez genialnego James Gandolfini (niestety aktor zmarł przedwcześnie 4 lata temu). Tony przeżywa nie lada załamanie i nerwicę próbując połączyć życie rodzinne na przedmieściach z przewodzenie mafii. Serial jest wielowątkowy i wielowarstwowy. Z jednej strony widzimy losy bezwzględnych bossów mafijnych, którzy prowadzą nielegalne interesy, żyją w ciągłej przemocy. Z drugiej strony wracają do białych domków i normalnych rodzin, chodzą na niedzielną mszę, udzielają się w społeczności lokalnej, wychowują rozbestwione dzieciaki. Serial został uznany za fenomen, zbierał doskonałe recenzje za to niecodzienne podejście do tematu życia mafii.



Dr House



Kolejny serial do którego powróciłam w zeszłym roku to "Dr House". Tym razem poznajmy losy niecodziennego lekarza. Kulejący, wredny, opryskliwy, aspołeczny, twierdzący, że każdy kłamie. To właśnie postać dr Gregory'ego House'a. Ma on wszystkie cechy by go znienawidzić, na dodatek jest ćpunem uzależnionym od vicodinu. Jednak ma pewną dobrą cechę, jest genialny w swojej niecodziennej formię diagnostyki. Rozwiązuje najtrudniejsze przypadki i terroryzuje swoich pracowników, najlepszego przyjaciela dr Jamesa Wilsona i dyrektorkę szpitala dr Lisy Cuddy (choć w tym przypadku nie pozostaje obojętnym na wdzięki jej biustu). Scenariusz do serialu został napisany po prostu fenomenalnie. Widz zaczyna uwielbiać człowieka, który ma wszystkie najgorsze cechy charakteru. Przypadki są zawiłe i trzymające w napięciu. W mojej opinii tym serialem nie da się znudzić. Był on niekwestionowanym strzałem w dziesiątkę. 



Gotowe na wszystko



Kolejny serial opowiada o amerykańskich idealnych przedmieściach i żyjących tam zdesperowanych kurach domowych. No właśnie końcówka mojego ostatnie zdania idealnie pasuje do oryginalnego tytułu serialu "Desperate Housewives" - z tymi polskimi tłumaczeniami zawsze coś jest nie tak. Fabuła toczyła się w luksusowym przedmieściu fikcyjnego miasta Fairview, przy ulicy Wisteria Lane. Sąsiadki to z pozoru kobiety idealne, zajmujące się dziećmi, piekące ciasta, dbające o ogród, mężów i dzieci. Idealny obrazek rodem ze zdjęć z lat 50. Coś jednak idzie nie tak. Jedna z przyjaciółek mająca najbardziej idealne życie popełnia samobójstwo. I tak mąci się spokój na Wisteria Lane. Przyjaciółki próbują dojść do rozwiązania tajemnicy ich zmarłej koleżanki. Na osiedlu pojawiają się też inni mieszkańcy, a ich losy są równie dziwne. Tu też wygrywają dialogi, gagi i sceny zawiści kur domowych. Serial bawi do łez, ale ma też mnóstwo wątków kryminalnych.



Mad Men




A teraz serial stylowy do granic możliwości. Jest to pozycja, którą się ogląda, nawet kiedy nie interesuje nas akcja. Kostiumy, charakteryzacja i scenografia powalają na kolana. Akcja serialu rozgrywa się w Nowym Jorku na początku lat 60. XX w. Poznajemy losy pracowników agencji reklamowej Sterling Cooper. Najbardziej wyrazistymi postaciami są brzydka sekretarka Peggy Olson oraz jej szef tajemniczy Don Draper, dyrektorze kreatywny agencji. Serial oprócz zawiłej i niejednoznacznej fabuły przedstawia w ciekawy sposób przemiany społeczne i kulturowe jakie miały miejsce w USA lat 60 XX w. Znowu mamy przedmieścia pełne obłudy. Do tego okres męskiej dominacji, kobiety które co najwyżej mogą pełnić funkcje sekretarki lub kwiatka w butonierce swojego męża. Serial był doceniony przez krytyków jak i publiczność. Kilkukrotnie został nagrodzony statuetkami Złotego Globu i Emmy. 



Californication




I znowu wracam do osoby Davida Duchovnego. Gra on postać Hank'a Moody'iego znanego pisarza z Nowego Jorku. Hank przeprowadza się do Los Angeles wraz z partnerką Karen i córkę Rebeccą. Niestety ich związek się rozpada z powodu specyficznego trybu życia Hank'a. Nasz bohater zaczyna pić i uprawiać seks z prawie każdą napotkaną kobietą. Pewnego dnia Hank zalicza niejaką Mię myśląc, że jest ona jego dorosłą fanką, a w żeczywistości to szesnastoletnia córką Billa, nowego chłopaka Karen. Tu zaczynają się pierwsze kłopoty. Serial przepełniony jest erotyzmem, anegdotami, jest lekko zblazowany w kalifornijski sposób. Ale ma też głębsze watki jak próba ratowania związku z Karen czy problemy z dorastającą córką. 



Synowie Anarchii



Moim obecnym bzikiem są już kiedyś opisywanie "Synowie Anarchii". To serial amerykański emitowany w latach 2008-2014 na antenie FX. Serial składa się z 7 sezonów i opowiada o losach specyficznej rodziny. Chodzi tu o gang motocyklowy z Kalifornii o nazwie Synowie Anarchii. Gang wiedzie prym w miasteczku Charming. Trzymają sztamę z szeryfem. On nie przeszkadza im w handlu bronią, a oni nie dopuszczają do przejęcia miasteczka przez gangi narkotykowe. Dobra rock&rollowa muzyka, fajne motocykle, skórzane kamizelki i długowłose bydlaki, czyli to co tygryski lubią najbardziej :) Przemoc miesza się z komedią i tragedią, specyficzna miłość rodzinna przeplata gangsterską lojalnością. Serial wciąga jak matnia. I na całe szczęście nie ma w nim zbyt wielu happy endów co tylko podtrzymuje atmosfer grozy i napięcia. 



 Salem



Teraz pozycja, która chyba nie jest zbyt znana w Polsce. Akcja serialu rozgrywa się w XVIII w. w znanym mieście Salem w stanie Massachusetts. Chyba nikomu nie trzeba mówić z czego owe miasteczko słynęło, oczywiście z czarownic. Przedstawiona jest tu historia procesów czarownic, ale też romansu czarownicy Mary Sibley i weterana wojennego kapitana Johna Aldena. W barwny sposób pokazano walkę złowieszczych czarownic i wręcz fanatycznych katolików Increase’a Mathera i jego syna Cottona. Niestety w USA serial nie przyniósł pożądanych przez producentów dochodów i 2 listopada 2016 r. ukazał się ostatni 3 sezon. Co nie oznacza oczywiście, że serial nie jest godny uwagi. Moim zdaniem spełni oczekiwania wszystkich fanów czarownic i tematyki nadprzyrodzonej. 



Zakazane imperium



Przysięgam, że to już ostatni serial. Kolejna stylowa produkcja. Akcja serialu toczy się w ciekawych czasach - Atlantic City, okres prohibicji. Inspiracją do napisania scenariusza była książka Nelsona Johnsona "Boardwalk Empire: The Birth, High Times, and Corruption of Atlantic City". Główny bohater to Enocha Nucky Thompson, polityk mający władze w Atlantic City. Nucky napotyka na swojej drodze najbardziej znane postacie lat 20 XXw., od gangsterów, po polityków. Zaczynają się nim interesować agenci federalni. Atlantic City zdecydowanie łamie nakaz prohibicji i to tu rozwija się przemyt alkoholu. Do tego Nucky bije wszystkich po oczach swoim wystawnym i rozrzutnym trybem życia. Serial został doceniony przez krytyków i ma na swoim koncie wiele nagród. Warto zauważyć, że został  nagrodzony przez Amerykańską Gildię Kostiumologów za najlepsze kostiumy w serialu obyczajowym. I to też kolejny element dla którego warto rzucić na niego okiem, naprawdę piękne, stylowe obrazy.  


niedziela, 26 marca 2017

Niedzielny Przegląd Tygodnia - vol. 33

Muzyka tygodnia




Ostatnio nie mam dla was żadnych nowości muzycznych. Za to moim życiem owładnęły klasyki rocka. Dziś przypomnę wam powalające dynię. The Smashing Pumpkins to zespół, który nie skradł mojego serca od pierwszych dźwięków. Pamiętam, że kiedyś wydawali mi się nudni. Musiało minąć trochę czasu aż nauczyłam się wsłuchiwać w tą dziką melancholię. Kapela powstała w 1988 r. w Chicago. Jej skład ulegał przeróżnym perturbacją, mimo to nieodłącznym elementem był i jest charyzmatyczny wokalista Billy Corgan. To ciekawa postać. Z pozoru cichy i nieśmiały, zupełne przeciwieństwo gwiazdy rocka. A w żeczywistości to elektryzujący głos, człowiek który nie szczędził sobie różnych substancji w krwiobiegu, przez parę lat był związany z Courtney Love, no i jest przyjacielem Marilyna Mansona (to wiele tłumaczy). Muzyka dyń od samych początków była specyficzna. Pierwsze kroki ich kariery to koniec lat 80 i początek 90. Ciekawy był to okres dla muzyki rockowej i alternatywnej. Dogorywał w stanach punk rock, natomiast grunge świętował wielkie sukcesy. I pomiędzy tymi dwoma światami narodziły się dynie. Ich muzyka była złożona i niejednoznaczna. Bardzo mocno gitarowa. Czerpali trochę z rocka progresywnego, z drugiej strony byli odrobinę w swojej estetyce gotyccy. Czuć szczególnie w pierwszych albumach odrobinę punka, ale i zdarzają się metalowe riffy, w połowie lat 90 pojawiło się sporo psychodelii i shoegaze. Oprócz muzyki warta uwagi jest sfera tekstowa. Autorem większości utworów jest wokalista Billy Corgan. Można go nazwać rockowym poetą. To enigmatyczne, psychodeliczne, romantyczno koszmarne opowieści. Ma facet wyobraźnie, albo dobry towar, albo jedno i drugie. Ja osobiście cieszę się, że ich aktywność została wznowiona po 2006r. Jest to specyficzny zespół, moim zdaniem trzeba go przegryźć parę razy zanim zrozumie się ten wytrawny smak.






Film tygodnia




W tym tygodniu przypomnę wam film z 1995 r. "Kids" w polskim tłumaczeniu "Dzieciaki". Za reżyserię odpowiadał Larry Clark. Fabuła przypomina nieco film dokumentalny choć w żeczywistości to w pełni obraz fikcyjny. O czym opowiada, można streścić w paru słowach: Nowy Jork, nastolatki pozostawione same sobie, narkotyki, seks przemoc i apogeum ery HIV. Średnio pamiętam czy w ogóle w Polsce mówiono o tym filmie po jego premierze w 1996r. Raczej ogólne media nie zainteresowały się nim zbytnio, pozostał na językach widzów niszowego kina. Czasem pokazywano go w szkołach (tego jestem pewna bo sama zobaczyłam go w całości, po raz pierwszy w gimnazjum w 2004r.), ale to chyba też sporadycznie przez odważniejszych nauczycieli. Natomiast w USA pozostawił on po sobie zgliszcza. Odbił się naprawdę szerokim echem. Wywołał niemały skandal ze względu na brutalność języka. Nagle pruderyjne media, środowiska katolickie i przede wszystkim rodzice, odkryli jak wygląda życie ich nastoletnich dzieciaków. Zamiast o tym dyskutować, oczywiście zaatakowali twórców filmu. Szalejące hormony doprowadzają do tego, że życie nastolatków to doprawdy wirujący seks. Tylko, że bardzo nieporadny, pornograficzny, niebezpieczny, nieprzemyślany. Przerażają dialogi na temat inicjacji seksualnej. Naprawdę człowiek słuchając tych małolatów może poczuć, że ludzkie ciało to tylko kawał mięcha. Rodzą się na oczach widza również dewiacje. Jeden z bohaterów Telly, mistrz rozdziewiczania ma ochotę zająć się 13 letnią siostrą swojego kolegi. Do tego łatwość nabywania narkotyków. Bijatyki, a nawet gwałt. A na samym końcu główny temat czyli HIV. Lata 90 najbrutalniej moim zdaniem pokazały jak powszechne jest to zjawisko. W USA po dziś dzień nastolatki mają duży problem z antykoncepcją i chorobami przenoszonymi drogą płciową. Scenariusz doskonale pokazuje jak niewiele trzeba, żeby zostać zarażonym i jak strasznie przyziemny jest to temat. Nastoletnia Jenny, poszła się przepadać dla dotrzymania towarzystwa rozwiązłej koleżance. Uprawiała seks tylko raz w życiu, a została ofiarą śmiertelnego wirusa. Myślę, że po 22 latach od premiery ten film już nie jest tak szokujący. Jesteśmy na co dzień otoczeni brutalnością i seksem. Nawet na polskim gruncie wyszły takie filmy jak "Galerianki" czy "Świnki". Ale mimo to, "Dzieciaki" nadal pozostawiają wrażenie. Nie dają żadnej puenty, nie moralizują. To tylko chwilowy urywek, paru letnich godzin z życia przeciętnych nowojorskich dzieciaków. Ta chwila, niby normalna, a jak strasznie brutalna. Dialogi budują całą atmosferę młodzieńczego pozerstwa, niedojrzałości, głupoty i rozpaczy. Mam wrażenie, że każdy kto dorastał na jakimś przeciętnym osiedlu zobaczy w tym filmie skrawek swojego życia. I paradoksalnie film nie jest skierowany do dzieci. A do rodziców, co by "odkryli Amerykę" i czasem zainteresowali się życiem swoich pociech. Nie karali, zamykali w domach i kontrolowali. Bo jak nie drzwiami to oknem. Czasami wystarczy tylko trochę uwagi i zainteresowania. 




Książka tygodnia




W dziale książka dziś tematyka zdecydowanie lżejsza. "Helena Rubinstein. Kobieta, która wymyśliła piękno", autorstwa Michele Fitoussi. Kto nie zna marki Heleny Rubinstein? Wstyd wam! Ta kobieta mierząca zaledwie 147cm wzrostu stworzyła jedną z najsolidniejszych i najbardziej znanych marek kosmetycznych na świecie. Co ciekawe Helena urodziła się w Krakowie, była polką żydowskiego pochodzenia. Najpierw wyemigrowała do Wiednia, potem w wieku 24 lat do Australii, aż wylądowała w USA. Przy jej nazwisku można spokojnie dopisać - chcieć znaczy móc. I o tym właściwie jest ta książka. Opisuje trudną drogę Heleny do jej sukcesu. Dziewczyna z niezamożnej żydowskiej rodziny, urodzona tak właściwie w Kazimierzu. Chcąc uciec od biedy i braku pomysłu na przyszłość udała się w podróż. Zawiało ją aż do dzikiej Australii. Nie od razu zawojowała tamtejszy rynek kosmetyczny. Wylądowała na surowej wsi. Wprost z deszczu pod rynnę. Jednak jej upór, ciężka praca i przede wszystkim zdolność do szybkiego uczenia się zaowocowały sukcesem. Nie na samej drodze do kariery skupia się autorka. Poznajemy też wielowymiarową postać Heleny, trochę kapryśną, władczą, wybuchową, zabawną i wspaniałomyślną. Była to kobieta uwielbiająca poprawiać rzeczywistość nie tylko kosmetykami. Notorycznie konfabulowała na temat swojego pochodzenia czy wieku. Uwielbiała obracać się wśród celebrytów tamtych czasów, ale też najwybitniejszych artystów. Książka to zdecydowanie laurka wystawiona Helenie Rubinstein. Ale naprawdę solidnie napisana, oparta na mnogości źródeł. Mnie osobiście ta historia dała ogromnego kopa motywacyjnego. Jest to żywy dowód na to, że marzenia przy ciężkiej pracy naprawdę się ziszczają. Banalne to podsumowanie, ale historia Heleny Rubinstein jest naprawdę niezwykła i fascynująca. Po przeczytaniu tej biografii już zupełnie innym okiem będzie się patrzeć na słoiczek kremu sygnowany literami HR. 

Ulubieniec tygodnia





Muzycznie było klasycznie, film z przesłaniem, a książka ku pokrzepieniu kreatywności życia. A ulubieniec? Trochę mniej ambitny ;) Ostatnio jeśli chcę wyłączyć mój mózg odpalam odcinki "Futuramy". I to jest niewątpliwie mój ulubieniec tygodnia. Jestem ciekawa czy wśród moich czytelników jest jeszcze ktoś, kto pamięta tę kreskówkę? To z pewnością nie pozycja dla dzieci. Ta animacja została stworzona przez Matta Groeninga. Dla tych, którzy nie kojarzą tego pana to on stworzył Simpsonów. Serial był nadawany przez 4 lata między 1999-2003r. w telewizji Fox. W Polsce jego losy były różne bo i pojawił się na TV4 i MTV oraz Comedy Central. Produkcja doczekała się pełnometrażowych filmów oraz wznowienia wersji serialowej w 2007 r. jednak Comedy Central ostatecznie zdecydowało, że wraz z 2013r. zakończy animację. Kreskówka zaczyna się 31 grudnia 1999 r., od momentu, w którym Fry dostawca pizzy z Nowego Jorku przez swój brak rozgarnięcia wpada do komory kriogenicznej i zostaje zamrożony. Dostawca budzi się po 1000 lat, 31 grudnia 2999 r. Nowy Jork to teraz Nowy Nowy Jork. Po starym mieście zostały jednie podziemne ruiny. Fry, zostaje w nowej żeczywistości oceniony jako zdolny jedynie do pracy dostawcy. Ucieka więc przed implantacją chipu kariery. Tak poznaje swoją przyszłą koleżankę Turangę Leelę, ostatnią kosmitkę cyklopkę jaka została na świecie. Posiada on w przyszłości jedynego krewnego praprapraprapraprapraprapraprapra....-bratanka Huberta Farnswortha, który pomimo, że jest szalonym naukowcem posiada firmę kurierską "Planet Express", zajmującej się międzygalaktycznym transportem towarów. I tak Fry znowu zostaje dostawcą. Oprócz Frya i Leeli, poznajemy robota Bendera, biurokratę Hermesa Conrada, lekarza kraba nieznającego podstaw ludzkiej anatomii dr Johna A. Zoidberga, oraz Amy Wong mało przydatną i niezbyt inteligentną studentkę, którą stary profesor zatrudnił na wszelki wypadek, tylko dlatego, że mają tę sama gr. krwi. Fabuła zawiera mnóstwo odniesień do kultury XX w. pośrednio odnosi się do wielu aktualny wydarzeń politycznych czy kulturowych. Jest trochę prymitywna, ale i zabawna, prześmiewcza i szydercza. 




Z ciekawostek na temat serialu dopisze wam info jakie znalazłam na wikipedii:
"Emisja serialu w TV4 została zawieszona, a następnie przeniesiona na późne godziny wieczorne po nałożeniu przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji kary pieniężnej w wysokości 10 tysięcy złotych za emisję w tzw. paśmie chronionym. Rada zakwestionowała odcinek wyemitowany 21 sierpnia 2000 r. o godzinie 11:00. W uzasadnieniu stwierdzono m.in. iż: Analiza filmu wykazała, że zawiera on wiele scen drastycznych i ukazujących przemoc, które mogą mieć negatywny wpływ na psychiczny i uczuciowy rozwój dzieci i młodzieży. Film ukazuje odrealniony świat, pełen zjawisk destrukcji i przemocy."


niedziela, 26 lutego 2017

Niedzielny Przegląd Tygodnia - vol. 32

Muzyka tygodnia 




Ostatnio z rozrzewnieniem powróciłam do słuchania Slipknot. Zastanawiałam się co wybrać do dzisiejszego zestawienia. Nie mam żadnego nowego muzycznego odkrycia, ani nic co by mnie wyjątkowo rozbujało w minionym tygodniu. Więc postawiłam na nostalgię. Dziś apeluje do odkopania starych Slipknotowych albumów. Slipknot pojawił się w moim małym muzycznym świecie kiedy byłam jeszcze dzieciakiem i chodziłam do podstawówki. Był to sam początek lat 2000. Pamiętam jak w ówczesnym Bravo był zawsze dział z muzyką metalową. Tam królowały artykuły o Slipknot. Od razu ich maski przyciągnęły moją uwagę. Zespół powstał w 1995r. Przez większą część swojego istnienia składał się aż z 9 członków. W 1998r. grupa podpisała kluczowy w swojej karierze kontrakt z wytwórnią Roadrunner Records. Dzięki niemu już w następnym roku światło dzienne ujrzał krążek "Slipknot". Płyta w 2 tyg od premiery pokryła się złotem, a po trzech miesiącach platyną. Był to dobry znak na przyszłość. Kolejne płyty odnosiły duże sukcesy, a zespół w 2006 r odebrał statuetkę Grammy w kategorii Best Metal Performance za utwór "Before I Forget". Slipknot ciężko jest zaszufladkować. W ich twórczości nie brakuje całej metalowej palety dźwiękowej. Jest sporo death metalu, black, heavy i nawet nu metalu. Zespół został okrzyknięty jako pionierzy nurtu New Wave of American Heavy Metal. A ich teksty poruszają temat gniewu, depresji, nawet psychozy, fatalnej miłości, cierpienia, czy zwykłej niechęci do gatunku ludzkiego. Jednak najlepszą zabawą wydają się ich koncerty. To show destrukcji.    







Film tygodnia




Dziś na filmowy ruszt rzucę wam film dokumentalny. Nie jest to jakaś wybitna produkcja ale film, który mocno mnie zaintrygował. "Kokainowi kowboje" w rezyserii Billy'ego Corben'a. To historia Miami i jego rozwoju w latach 70 i 80 ubiegłego wieku. Niedawno wróciła moja fascynacja Stanami Zjednoczonymi. I chyba jednym z moich ulubionych miejsc w USA jest stan Floryda. Może wiecie lub nie, ale to kultowe dziś Miami, było kiedyś zwykłym kurortem dla emerytów. Miasto nie przyciągało modnymi klubami, drapaczami chmur czy drogimi hotelami. Hasłem przewodnim Miami w latach 70 była spokojna starość pod palmami. Wszystko się zmieniło kiedy nastała moda na kokainę. To po dziś dzień jeden z droższych narkotyków. W Miami znalazło się paru ludzi, którzy zwęszyli zarobek w tak modnym "białym śniegu". Do gry wkroczyli też latynoscy sąsiedzi rodem z Kolumbii i tak rozkręcił się jeden z największych narkotykowych biznesów. A nasze nic nieznaczące miasto na Florydzie rozkwitło. Z filmu dowiecie się choćby, że większa część Miami Beach została zbudowana właśnie dzięki dochodom osiągniętym z handlu kokainą. Niesamowite jest to, że gdy w latach 80 wszystkie większe miasta USA przeżywały recesje Floryda i Miami trzymało się na stabilnych fundamentach. Dlaczego? Ich gospodarka była odcięta od rynku krajowego, opierała się głównie na dochodach płynących z handlu narkotykami. Gdyby nie tamte czasy to na pewno serial "Miami Vice" nie miałby racji bytu. Był on właśnie inspirowany tym co wstrząsało Florydą lat 80. Film to wartka opowieść o rozwijającym się narkobiznesie, ekscentrycznym życiu, o banalnym handlu prochami, którego nie kontrolowała policja (przynajmniej w pierwszej fazie). No i o bezwzględności, przemocy, niekończących się morderstwach. 



Książka tygodnia 




Dziś o pozycji która poruszyła mną dogłębnie. "Lady Day śpiewa bluesa" autorstwa William'a Dufty i samej i Billie Holiday. Tak, to specyficzna biografia jednaj z największych legend muzycznych Billie Holiday. Powiem szczerze, że słuchałam Billi od dziecka. Moja mama była jej oddaną fanką. To dla mnie postać ikoniczna pod względem muzycznym. Nigdy jednak nie zagłębiałam się w jej prywatne losy. A te to gotowy scenariusz na film. I to naprawdę przykry dramat. Jej matka urodziła ją mając 13 lat. Żeby móc ją urodzić do ostatnich dni ciąży myła podłogi. Tak wypracowała sobie łóżko w szpitalu. Sama Billi miała 9 lat kiedy jej sąsiad dopuścił się na niej gwałtu. Co przerażające sąsiad dostał za swój czyn wyrok, ale mała Billi również musiała ponieść karę. Wysłano ją do katolickiego ośrodka poprawczego, z którego czarne dziewczynki wychodziły ale martwe. Mało która z nich doczekała pełnoletności. Matce piosenkarki udało się oswobodzić córkę, a ta spadła z deszczu pod rynnę. Pod podszewką opieki została nastoletnią prostytutką. Co strona ta opowieść szokuje. Nie chce się wierzyć, że jest prawdziwa, że tak żyli czarni w stanach. Ta książka to nie tylko biografia samej artystki. To żywe świadectwo tego jak wyglądały demokratyczne (podobno) Stany Zjednoczone. Dużo się mówi o tolerancji i rasizmie, ale po latach propagandy są to tylko słowa. Czytając tę książkę można na własnej skórze poczuć żywą grozę nienawiści rasowej. Moim zdaniem jest to pozycja obowiązkowa dla każdego. Niezależnie czy się jest fanem czy nie Billy Holiday.



Ulubieniec tygodnia 




Pisze ten post naprawdę późno i przyznam, że nie mam pomysłu na ulubieńca tygodnia. Więc wpadłam na pomysł, żeby przypomnieć o tegorocznej Oscarowej nocy, która przypada właśnie z niedzieli na poniedziałek. Co prawda to nie będzie polska noc. W tym roku zabrakło mocnych polskich akcentów. No cóż. Jednak w nominacjach znajdzie się parę fajnych tytułów. Ja trzymam kciuki za "La La Land" i "Moonlight". Ten pierwszy ma naprawdę sporę szanse na sukces biorąc pod uwagę ile nominacji otrzymał. Trzymam też kciuki za Denzel'a Washington'a i jego nominacje w kategorii pierwszoplanowa rola męska. Zobaczymy czy Oscary czymś zaskoczą czy okażą się przewidywalne aż do bólu.     
     
   

niedziela, 19 lutego 2017

Niedzielny Przegląd Tygodnia - vol. 31

Ostatni post pojawił się 4.12.2016. Tym razem zamilkłam na więcej niż 2 mc. To już chyba standard, że tłumacze się z mojej nieobecności. Niestety dyscyplina nie jest moją mocną stroną. Przez grudzień, styczeń, i większą cześć lutego przepadłam na dobre w wirze przedostatniej w życiu sesji, przeprowadzki i remontu. Ale dosyć obijania się. Hangar po raz kolejny wraca do żywych. Ja natomiast mam kilka dodatkowych planów, o których co nieco napisze niebawem. A teraz przechodzimy do sedna czyli NPT vol. 31.


Muzyka tygodnia





Ostatnie miesiące spędziłam na gwałceniu składanki Collected grupy Massive Attack. Zespól znam od wielu lat, nigdy jednak nie byłam ich wierną fanką. Po prostu sobie słuchałam od czasu do czasu. Przyznam, że w ostatnich 3 mc mojej blogowej nieobecności odkryłam muzykę Massive na nowo. Jak zwykle zacznę od paru słów wstępu. Massive Attack to głównie trip hopowy zespół, pochodzący z Anglii. Można ich śmiało nazwać prekursorami tego gatunku. Grupa na przestrzeni lat składała się z wielu członków. Trzon formacji zawsze tworzyli Robert del Naja - 3D, oraz Grant Marshall - Daddy G. Apogeum ich sukcesu przypada na lata 90 ubiegłego wieku. W 1991r. ukazał się debiutancki album zespołu "Blue Lines", to z niego pochodzi singiel promujący "Unfinished Sympathy". W utworze gościnie wystąpiła wokalistka Shara Nelson. W tamtym czasie teledysk z wyżej wymienioną panią, kroczącą ulicami miasta aniołów był nieustannie wyświetlany w MTV. Ja po latach upycham ten kawałek w poczet sztandarowych teledysków lat 90. Ciekawostką jest fakt, że videoclip został nakręcony tylko jednym ujęciem, bez cieć. Szybko okazała się, że zespół nie zasłynie tylko jednym udanym kawałkiem. W 1994r. ukazał sie kolejny album, a równo 4 lata potem sukces osiągnął krążek "Mezzanine". To nim zainspirowali się filmowcy. Twórcy Matrixa zapożyczyli do swojej produkcji utwór "Dissolved Girl", a piosenka "Angel" zagościła w trzech produkcjach w Snatch, Pi i Stay. No i sztandarowy "Teardrop" został użyty w czołówce popularnego Dr House. Zespół nie prowadzi rock&rollowego trybu życia. Nie słyszymy o skandalach muzyków. Tu najważniejsza jest twórczość. Od ponad 20 lat cyklicznie wydają dobre przemyślane płyty. Są mistrzami subtelnych opowieści balansujących na styku różnych emocji. Cały czas też nie zapominają o charakterystycznym angielskim stylu sceny trip hopowej, zanurzonej w latach 90. Dla niektórych może być to zła cecha, pewne uwstecznianie się. Dla mnie słuchanie ich muzyki to dryfowanie wśród lirycznych dźwięków jednej z najlepszych dekad (tak należę do fanów lat 90).








Film tygodnia





Film tygodnia to chyba już jak zwykle żadna nowa produkcja. Z nudów przeszukując w sobotni wieczór propozycje filmowe trafiłam na przeurocze "Złote czasy radia" w reżyserii Woodyego Allena. Produkcja ma już ładnych parę lat, z zaskoczeniem odkryłam, że film powstał w 1987r. O czym opowiada? Jak sam tytuł wskazuje o czasach, w których radio miało największy wpływ na ludzi - lata 30, lata 40. To czasy kiedy telewizor miała jedna rodzina na całą dzielnice i to pod warunkiem, że mowa o bogatszej dzielnicy, a gazety to dość stateczna forma przekazu. Więc w każdym domu, niezależnie od statusu społecznego brylowały radioodbiorniki. To dzięki nim słuchano muzyki, najświeższych informacji z wojennego frontu, relacji sportowych. Autorzy audycji mieli status gwiazd. To czasy największej popularności słuchowisk radiowych. Do historii przeszło słuchowisko autorstwa Orsona Wellessa, przedstawiające radiową adaptacje powieści H. G. Wellsa "Wojna światów". Obywatele USA, a w szczególności New Jersey byli tak przejęci słuchowiskiem, że zdawali się nie zauważyć, że maja do czynienia z literacką fikcją. Byli przekonani, że planetę naprawdę atakują Marsjanie. Owe wydarzenie zostało w zabawny sposób przemycone do scenariusza filmu. No właśnie jak Allen pokazał złotą erę radia? Wszystko opowiada nam dzieciak z żydowskiej nowojorskiej rodziny Joe. Jego rodzina nie należy do zamożnego mieszczaństwa. Mieszkają na kupę w jednym domu. Ojciec nie potrafi rozkręcić żadnego interesu i ukrywa przed synem, że jest taksówkarzem. Matka typowo zajmuje się domem i marudzi, że mogła lepiej wyjść za maż, za grabarza. W tym samym domu mieszka stara panna ciotka Bea, oraz Ciocia Ceil z mężem i jeszcze paru domowników. Wszystkich łączy jedno, fascynacja radiem. Każdy z nich ma inną ulubioną audycje. Ich codzienne losy nierozerwalnie są połączone z radiem i emocjami jakie przekazuje słuchaczom. Naprawdę ten film to cukiereczek. Jest przezabawny i nostalgiczny. Przypomina czasy, w których radio nie było tylko muzyczną tapetą (dodajmy słabą muzycznie tapetą) bez treści. To czasy kiedy radio dyktowało mody, kreowało gwiazdy, nadawało rytm codziennego życia. Na wyróżnienie zasługują kostiumy i scenografia dopracowane do perfekcji. No i ścieżka dźwiękowa  Woody Allen posłużył się wieloma klasykami m.in. Millera, Jamesa i Goodmana, dawne nagrania Carioki, Tico Tico oraz La Cumparsity. Film otrzymał dwie nominację do Oscara w kategorii najlepszy scenariusz i najlepsza scenografia i dekoracje wnętrz. Zgarnął też dwie nagrody BAFTA za scenografie i kostiumy. 





Książka tygodnia




Tym razem coś z moich ostatnich literackich fascynacji. Jestem totalnie zauroczona osobą Huntera S. Thompsona. Zarówno jego prozą jak i artykułami prasowymi. W ostatnim tygodniu zamówiłam sobie dwie jego powieści "Lęk i odraza w Las Vegas" i "Dzienniki rumowe". Zachęcam do przeczytania obu, jednak dziś skupię się na pierwszym tytule. Na pewno sporo z was kojarzy kultowy już film z Johnnym Deppem "Las Vegas Parano" (polska wersja tytułu, oryginał nie odbiega od tytułu książki ang. Fear and Loathing in Las Vegas). Owy film jest  oparty na książce autorstwa Huntera Thompsona z 1971 r. Co ciekawe polska wersja językowa Lęku i odrazy pojawiła się dopiero w 2008r. a przetłumaczyli ją Maciej Potulny i Marcin Wróbel. Coś o fabule. Pierwszoplanowym bohaterem jest Raoul Duke czyli alter samego autora - Thompsona. Towarzyszy mu jego adwokat, doktor Gonzo. Co ciekawe ma on odpowiednik w życiu realnym. Postać była wzorowana na osobie autentycznego adwokata Thompsona. Panowie zaopatrzeni w narkotyczny arsenał jadą do Las Vegas, w celu odnalezienia mistycznego amerykańskiego snu. Oczywiście przez całą podróż piją niezliczone ilości alkoholu, nie szczędzą sobie kokainy, eteru, LSD no i konsumują sławną meskalinę. Narrator którym jest główna postać Duke, często porywa się na komentarze dotyczące społeczeństwa amerykańskiego i przemian zachodzących w USA lat 60 i 70. Cała opowieść to nie narkotyczny bełkot. Thompson naprawdę wyjechał do Las Vegas wraz ze swoim prawnikiem Oscarem Acostą. Obaj pod fałszywymi nazwiskami pracowali jako dziennikarze „Rolling Stone” relacjonujący wyścig motocyklowy Mint 400. Ta powieść jest jak mocny odlot, paranoiczna, nieprzewidywalna, zlękniona, czasem śmieszna, czasem przerażająca i odrażająca. Jawa miesza się z majakami. Do tego mit amerykańskiego snu i niestety pustka na końcu jego poszukiwań. Tak właściwie o czym jest opowieść? W pierwszym odruchu można odpowiedzieć o narkotykach. O ich konsumpcji, o nauce znieczulania się przed fekaliami dnia codziennego. O poszukiwaniu sensu i jednocześnie braku sensu na życie. Trochę o polityce i niezłej propagandzie USA, która umiera w krzywym zwierciadle dr dziennikarstwa. 



  
Ulubieniec tygodnia




Ulubieniec tygodnia będzie serialowy. W sumie nie wiem czy to dobry pomysł tutaj o nim pisać bo chce zrobić osobny post o serialach jakie polecam. Ale trzeba przyznać, że to jest mój niekwestionowany ulubieniec, nawet nie tygodnia, a całego miesiąca. "Synowie Anarchii". To serial amerykański emitowany w latach 2008-2014 na antenie FX. Serial składa się z 7 sezonów i opowiada o losach specyficznej rodziny. Chodzi tu o gang motocyklowy z Kalifornii o nazwie Synowie Anarchii. Gang wiedzie prym w miasteczku Charming. Trzymają sztamę z szeryfem. On nie przeszkadza im w handlu bronią, a oni nie dopuszczają do przejęcia miasteczka przez gangi narkotykowe. Z pozoru fabuła nie porywa, ale jak zaczęłam oglądać to przepadłam. Serial jest brutalny i szpanersko gangsterski w starym rockowym - motocyklowym stylu. Mamy postać demonicznej mamuśki Gemma Teller Morrow. Gemma jako nastolatka uciekła z domu. Po paru latach wróciła z dzieckiem i gangiem motocyklowym. Mamy też przystojnego syna Jackson "Jax" Teller, który przeżywa rozterki. Z jednej strony przez matkę i ojczyma był wychowany na bezwzględnego przywódce gangu, z drugiej odnajduje notatki ojca, który chciał innej przyszłości dla klubu motocyklowego. Do tego banda oddanych świrów lubiących bitke, prochy, wódę i panienki. Mamy też wojnę gangów. Z jednej strony Latynosi reprezentowani przez gang Mayów, są też nordycy i czarni. Przepadłam w ten serial bez reszty.


  

niedziela, 4 grudnia 2016

Niedzielny Przegląd Tygodnia - vol. 30

No to mamy okrągłą liczbę! Po 2 latach nieregularnego pisania tego bloga doczekałam 30 cz. NPT. Mała, ale jakaś rocznica😄

Muzyka tygodnia



Na ten tydzień wybrałam bardzo nietypowy zespół. Dziś ucieszą się fani japońskiego rocka, jeśli tacy tu zaglądają. Ja dodam od siebie, że nigdy nie byłam mocno zakochana w tym zespole ale bardzo ich lubiłam. Mam też ogromny szacunek do ich dokonań, do tego jaką karierę zrobili w Japonii, ale i w USA i Europie. O kim mowa? O kultowym już X Japan. Naprawdę kawał czasu nie zaglądałam do mojej j-rockowej kolekcji płytowej. Ostatnio jednak na Instagramie rzuciły mi się w oczy zdjęcia z premiery filmu "We are X". Zastanowiło mnie co tam robi Yoshiki, aż szybko doszłam, że to film właśnie o fenomenie X Japan. 



Trailer tak mnie rozczulił, że znowu zaczęłam ich słuchać i przejrzałam połowę starych koncertów udostępnionych na ytb. Dla niewtajemniczonych trochę o samym zespole. Początki grupy sięgają końca lat 70 i początku lat 80. To klasyk jeśli chodzi o japońską scenę heavymetalową, ale też nie jest to precyzyjne określenie gatunku jaki reprezentują. Jest tu dużo glam rocka, gotyku, czy nawet pop rocka. Przede wszystkim X Japan to kultowy zespół spod znaku visual kei. Ten styl jedni kochają inni nienawidzą. Ja zdecydowanie jestem jego fanką i nie mogę odżałować, że tyle zespołów, które zaczynały od visual kei stają się tak "normalnymi". Naczelnym hasłem X Japan było "Psychodeliczna Przemoc - Zbrodnia Wizualnego Szoku". I to jest kwintesencja ich fenomenu. Dobra muzyka, ale też zabawa konwencją, szokowanie widza. Cienka granica między płciowością, demoniczny glam. Dwóch młodych Japończyków Yoshiki Hayashi i Toshimitsu Deyama od podstaw stworzyło jeden z największych zespołów w ich kraju. W latach 80 kiedy nikt nie był zainteresowany wydaniem debiutanckiej płyty X Japan, panowie sami sobie założyli wytwórnie i wydali swoje wydawnictwo. Ciekawa jest też sama solidarność muzyków. Kiedy to w apogeum popularności Toshimitsu postanowił odejść z zespołu, drugi założyciel uznał, że to koniec X Japan i zespół nie ma sensu funkcjonować bez tak ważnego elementu. Na szczęście po 10 latach grupa reaktywowała się w 2007r. Co ciekawe X Japan był też drugim w historii zespołem japońskim, który zagrał koncert w nowojorskiej Madison Square Garden. Kto ich lubi łapał w górę 🙋. Mnie kojarzą się z najlepszym okres dorastania, na spółę z Dir en Grey. Swoją drogą może o Diru coś napisze w przyszłym tygodniu. Jestem też ciekawa czy sam dokument "We are X" będzie dostępny w Polsce. Z chęcią bym go obejrzała. 






Film tygodnia




Tym razem przedstawie wam klasyk spod znaku noir. "Dama z Szanghaju" w reżyserii Orsona Wellesa. Film powstał na podstawie powieści "If I Die Before Before I Wake" Sherwooda Kinga. Krótko o fabule. Elsa wybrała się na wieczorną przejażdżkę dorożką. Zostaje napadnięta przez drobnych złodziejaszków. Pomaga jej młody marynarz Mike O’Hara. Dziewczyna proponuje chłopakowi by zaciągną się na jacht jej męża. I tu zaczyna się cała intryga i fatalne przeznaczenie. Niejaki Grisby przebywający na jachcie męża Elsy, proponuje Mike'mu sfingowanie swojej śmierci za 5 tys $. Jest to początek klęski chłopaka, zostaje on bowiem posądzony o podwójne morderstwo. Film to wręcz sztampowy przedstawiciel wspomnianego już gatunku noir. Sceny miasta nocą, piękna kobieta fatalna, skazanie głównego bohatera na porażkę, balansowanie pomiędzy thrillerem, kryminałem, a dramatem. Jest to cudowny cukiereczek pod względem obrazów, zabawy światłem, urwanych ujęć. Orson Welles to mistrz i tyle. Z ciekawostek na temat tego filmu trzeba dodać, że scenariusz to nie było żadne dopracowane dzieło. Reżyser powiedział wytwórni, że zrobi film na podstawie pierwszej lepszej książki, którą akurat zauważył na półce. Nigdy nie czytał "If I Die Before Before I Wake". Dodatkowo, wytwórnia filmowa do głównej roli zatrudniła Rite Hayworth. Była to ówcześnie żona Wellesa, z którą reżyser był w trakcie rozwodu. Powodem rozpadu małżeństwa były zdrady aktorki, więc atmosfera na planie musiała być napięta. Po premierze filmu gwałtownie spadła popularność Hayworth. To były czasy kiedy widzowie wierzyli bezgranicznie w to co widzieli na dużym ekranie. Wizerunek Rity Hayworth został nadszarpnięty, ludzie zaczęli ją postrzegać jako bezwzględną i wyrachowaną. Co niektórzy mówili, że to zemsta byłego męża.




Książka tygodnia




Jakiś czas temu pisałam wam o książce "Your Beauty Mark: The Ultimate Guide to Eccentric Glamour" podyktowaną przez Ditę von Teese. Dla fanek ikony współczesnej burleski mam dobre wieści. Wydawnictwo Znak przygotowało już tłumaczenie tej książki i niebawem będzie ona dostępna w księgarniach. Tymczasem ja osobiście polecam zamówić ją w przedsprzedaży na stronie wydawnictwa. Jest obecnie w cenie o 30% tańszej niż cena proponowana w sprzedaży księgarnianej. Dziś natomiast napisze o pewnym polskim substytucie wyżej wymienionej książki. W okolicach września to samo wydawnictwo wydało książkę "Piękno bez konserwantów" autorstwa Aleksandry Zaprutko - Janickiej. We wstępie czytamy "Nasze prababcie nie miały do dyspozycji koszmarnie drogich smarowideł, palet do makijażu z dziesiątkami odcieni, przyborów do konturowania i hybrydowego manicure. A jednak posiadły sekret nieskazitelnej urody. Na czym on polegał?" No właśnie i o tym jest ta książka. Nie jest jednak sztampowym podręcznikiem naturalnej pielęgnacji. Aleksandra Zaprutko - Janicka przenosi nas w okres 20 lecia międzywojennego. Złotej epoki piękna i glamur. Przypomina nam o czasach świeżo wyemancypowanych kobiet, które pozbyły się gorsetów i odkryły, że modą można się bawić. Co śmieszniejsze możemy się dowiedzieć, że czerwona szminka i mocno zaznaczone oko to był w tamtych czasach symbol sufrażystek. Kobiety eksponowały swoją seksualność w myśl rewolucji i wyzwolenia kobiet spod piętna mężczyzn. Czy to nie bawi patrząc na obecne feministki, które zaczynają bardziej przypominać mężczyzn, kiedy gardzą makijażem krzycząc, że on ubezwłasnowalnia kobiety? Jak to czasy się zmieniają. Oprócz dawki historii stylu mamy tu też odrobinę poradnika. Możemy przeczytać o tym jak nasze prababki walczyły o idealną cerę, jakie były kanony piękna, jak domowymi sposobami robiło się kosmetyki. No włośnia i to kolejny moim zdaniem plus. Książka usłana jest przepisami na naprawdę proste, naturalne kosmetyki i preparaty, z których możemy skorzystać. Pozycja na pewno nie dla każdego. Znam mnóstwo ludzi, których by znudziła po paru stronach. Natomiast oddane fanki pin-up i vintage na pewno będą zadowolone. 

Ulubieniec tygodnia 







Na ulubieńca tygodnia wybrałam gorsety. Rzecz dość archaiczna ale nadal noszona. Ja swój pierwszy gorset założyłam mając jakieś 16/17 lat. I powiem z góry, że nie był to najlepszy pomysł. W tym wieku ciało jeszcze się kształtuje i to odrobinę za wcześnie na gorsetowanie. No i dodam, że moja pierwsza fascynacja gorsetami wzięła się z miłości do gotyku i japońskiego visual kei. Na początku uwielbiałam je tylko wizualnie. Po dziś dzień są dla mnie czymś ultra seksownym i niezawodnie sprawdzają się w sypialni 😈. 




A po pewnym czasie wciągnęłam się w temat modyfikacji talii poprzez gorsety. Niezależnie czy nosimy je dla ozdoby, czy mamy na celu konkretne modyfikacje, gorset to małe cudeńko dodające kobiecie (ale też i są wersje męskie) niesamowitego seksapilu. Usztywniają korpus uwydatniając piękną prostą sylwetkę. Uwydatniają biust jak żaden inny biustonosz. No i wysmuklają talię. Jeśli jesteście zainteresowani profesjonalnym noszeniem gorsetów obowiązkowo należy się edukować. Jak przy każdej modyfikacji musimy zachować odpowiedni umiar i dbać o swoje zdrowie. Trzeba mieć również na uwadze, że gorsety nie odchudzają jak do niedawna krzyczały znane siostry Kardashian. To mechaniczne wpływanie na sylwetkę. Ale mogę was zapewnić, że ten element garderoby daje mnóstwo satysfakcji, niezależnie czy będziecie je nosić po parę godzin dziennie czy tylko na romantyczne wieczory.

 

niedziela, 20 listopada 2016

Niedzielny Przegląd Tygodnia - vol. 29

Muzyka tygodnia




W tym tygodniu wreszcie wygrzebałam się muzycznie z okresu lat 90. Zaczęłam słuchać bardziej współczesnych artystów. W tym tygodniu też dostałam w prezencie płytę Lany Del Rey "Born to Die". I właśnie ta płyta obudziła we mnie inspiracje to tego postu. Więc jak już się zapewne domyślacie, dziś w NPT króluje Lana! Doskonale pamiętam, kiedy usłyszałam ją po raz pierwszy. Była to połowa 2011 r. Na jakieś niemieckiej stacji leciał teledysk do "Video Games". Moją uwagę przyciągnęła specyficzna, niecodzienna jak dla komercyjnych stacji muzyka, charakterystyczny teledysk wyglądający jak amatorskie nagrania z lat 60, na taśmie 35 mm. I specyficzna wokalistka z monstrualnymi ustami ( przepraszam, ale te jej usta strasznie zwróciły moja uwagę 😝). Oglądając teledysk niestety nie doczekałam się na belkę zdradzająca czego słucham. Natychmiast odpaliłam wyszukiwarkę i po wyłapanych fragmentach tekstu usiłowałam odnaleźć wokalistkę jak i samą piosenkę. Znalazłam na ytb teledysk, ale o samej Lanie nie było zbyt wiele. I jakoś na rok przepadła w moją niepamięć. Po premierze właśnie "Born to Die", wybuchła jej ogromna fala popularności i tak słuchali jej wszyscy. A ja już nie chciałam. Przyznaje bez bicia, że dopiero w tym roku powróciłam do zgłębiania jej twórczości i jednak przekonałam się na nowo. Nigdy nie nazwę Lany genialną artystką, ale na pewno jest piekielnie stylowa. Jest jak amerykański klasyk Ford Del Rey. Swoją drogą jej drugi człon pseudonimu ma właśnie genezę od owego Forda, natomiast samo imię Lana pochodzi od aktorki Lany Turner. To taka perełeczka mieszcząca w sobie charakterystyczne cechy popkultury USA z lat 50 i 60 XX wieku. Do tego ten oniryczny, nostalgiczny klimat nieszczęśliwego romansu, porzucenia, rozbicia. Ciężko mi sie ustosunkować, czy ją tak w pełni lubię. Jej muzyka wprawia mnie w dziwny nastrój. Ale na pewno wywołuje bardzo specyficzne emocje, ale jak coś działa na nas emocjonalnie znaczy, że jest dobre. Do tego Lana Del Rey idealnie wpisuje się w moje ostatnie fascynacje zarówno estetyką vintage, pin up, jak i klasycznej amerykańskiej mody z lat m.in 50.








Film tygodnia



Dziś będzie o filmie, który po pierwsze rozwalił mi psychikę, po drugie w tydzień po jego obejrzeniu widzę mnóstwo analogi w życiu codziennym do tej paranoicznej fabuły. O co konkretnie chodzi? "Mr. Nobody" w reżyserii Jaco Van Dormaela. Jest to dość specyficzny film science fiction, dla koneserów tradycyjnego gatunku raczej nie jest przeznaczony. Nie mamy do czynienia z robotami, kosmitami czy innymi dziwnymi klimatami. Krótko o fabule. Jest rok 2092. Na ziemi żyje najstarszy człowiek mający 118 lat, jest nim Nemo Nobody. Oprócz tego, że jest najstarszym człowiekiem, w dodatku jest ostatnim śmiertelnikiem. Cała ludzkość w skutek postępu medycyny, stała się nieśmiertelna. Na łożu śmierci zaczyna relacjonować swoje życie. Jednak scenariuszy może być wiele. Każdy wybór ciągnie za sobą jakieś konsekwencje. Zmiana wyboru skutkuje innymi losami. Czy da się przeżyć jedno życie na wiele sposobów? Mr. Nobody to potrafi. Jest on każdym i jednocześnie nikim. Żyje w swoistym trójwymiarze. Pierwszy wybór Nemo to wybór idealnych rodziców. Płód selekcjonuje kandydatów tak by stworzyć sobie idealne warunki. Jego wybór wydaje się doskonały. Mama ładnie pachnie, używa szminki, a tata spogląda na zegarek i jest wysoki. Niestety ten wybór nie był doskonały. Rodzice się rozwodzą, a Nemo ma wybór. Albo zostaje z matką, albo zostaje z ojcem. Każdy wybór niesie inne losy. Czy chłopak wybierając stawia wszystko na jedną kartę? Nie! Przeżywa swoje życie w każdym z wariantów. I żaden z nich nie jest ani lepszy ani gorszy. Jest inny. Jedno życie jest ukazano w kilku, a właściwe 6 różnych scenariuszach. Dodatkowo reżyser wytrąca widza z równowagi. Daje sygnały nawiązujące, że cała historia może być fikcją, książką napisaną przez dziecko albo, że jest to imaginacja stworzona przez zwodniczą pamięć. Między wszystkimi wymiarami jest jeden punkt zbieżny. Postać dziewczyny Anny. Co ciekawe film był kręcony od czerwca 2007 r. do września 2009 r. Ponadto Jared Leto zagrał dwanaście różnych opcji tej samej postaci Nemo. Trzeba też dodać, że Leto jest genialnym aktorem. Nie lubię jego wyczynów muzycznych, jednak aktorsko go uwielbiam. Plastyczność Nemo w tym filmie jest niesamowita, przeistaczanie się aktora i budowanie tak multiosobowościowej postaci budzi podziw. Moim zdaniem są dwa rodzaje widzów. Jedni po obejrzeniu filmu będą mieć głowę pełną refleksji na temat sensowności życia, znaczenia naszych wyborów, refleksji na temat nieuchronności losu. Inni potraktują ten film jak banalną utopijną historię przepełnioną pseudointelektualnymi frazesami.



Książka tygodnia



Wpadłam na iście szatański pomysł. W tym tygodniu chciałam was zachęcić do filozofii. A tak konkretniej postanowiłam podrzucić dzieło Nietzsche'go "Antychryst". Z powodu pracy jaką pisałam wróciłam ostatnio do tej pozycji. I po raz kolejny przeszłam ogromną fascynacje. Ta książka to naczelny podręcznik buntu, poradnik wyrwania się z tradycji kulturowej w jakiej wzrastaliśmy. To dzieło w dużym stopniu nawiązuje do opowiadania jakie opisywałam tydzień temu. Nietzsche pokazuje nam jak społeczeństwo, kultura, a w szczególności religia na etapie dzieciństwa mają wpływ na nasze dorosłe życie i wybory. Pokazuje nam jak zasłaniając się religią nie potrafimy wziąć świadomie odpowiedzialności za nasze życie. Religia i wbijane do głowy dogmaty hamują nasz naturalny rozwój i wolne myślenie. To dzieło również obrazoburcze. Nietzsche atakuje samo sedno chrześcijaństwa, samego Chrystusa. Ale czy do końca? Atak na religię jest połączony z pełnym szacunkiem do osoby Chrystusa. Nietzsche nazywa Jezusa pierwszym i ostatnim prawdziwym chrześcijaninem. Cały rozwój religii jaki nastąpił potem to wypaczenia ludzi. Chrystus jest krytykowany, ale jednocześnie filozof darzy go ogromnym szacunkiem. Wiem, że szczególnie w Polsce są ludzie bezgranicznie wierzący w geniusz tej publikacji, są też ci którzy negują Nietzsche'go przypinając mu łatki satanisty, antysemity i rasisty. Owszem "Antychryst" ma też swoje wady. Niestety to na tym dziele wiele swoich teorii opierali naziści. Nietzsche ma mało dyplomatyczne podejście to żydów jaki i kultury judeochrześcijańskiej. Ponadto w "Antychryście" występuje dość dziwna przychylność w stosunku do kultury islamu. Co tym bardziej, w obecnych czasach i problemach z jakimi boryka się Europa może rozjuszyć czytelnika. Nie zmienia to jednak faktu, że mądre przestudiowani filozofii Nietzsche'go na pewno wzbogaci światopogląd i pozwoli na uwolnienie myśli. No właśnie studiowanie. Jestem zdania, że tej pozycji nie da się od tak przeczytać jak książkę. Trzeba ją przestudiować i mieć kilka podejść by w pełni wgryźć się w temat i zrozumieć co nieco.

Ulubieniec tygodnia




Czy używane znaczy gorsze? Jakie macie na ten temat zdanie? Czy chodzenie do "szmateksów" to coś piętnującego? Znam takich dla, których to naprawdę paskudny rodzaj zakupów i nigdy by nie nosili czegoś używanego, a tym bardziej zakupionego w second handzie. Ja mam do tego zupełnie inne podejście. I nie chodzi tu o fakt naprawdę tanich zakupów. To niewątpliwa zaleta. Bo gdzie za złotówkę kupimy bluzkę, jeansy, albo lepiej kurtkę!? Są miejsca gdzie takie cuda się zdarzają. Ja natomiast kocham second handy za unikatowość. Możemy tam znaleźć dziwne rzeczy, oryginalne, niespotykane, genialnie wykonane i dobre gatunkowo. I zapłacimy za nie grosze. Już chyba po raz milionowy powtarzam, że moja retro fascynacja trwa w najlepsze. A second handy to skarbnica oryginalnych vintagowych ubrań i akcesoriów. Ten tydzień upłynął mi pod hasłem polowań. I napisze wam, że pobiłam swój życiowy rekord. W jednym z największych second handów u mnie w mieście, wraz z koleżanką zakupiłyśmy 7 kg naprawdę unikatowych ciuchów. I am a victim of second hand. 💀